QUI TACET, CONSENTIT. (Kto milczy, zgadza się.)
Ostatnie tygodnie upłynęły w Polsce pod znakiem obchodów 25 lecia powstania "Solidarności". Mówiono w mediach o oficjalnych uroczystościach, wspominano o ich bojkocie przez tych, którzy tę pierwszą, prawdziwie obywatelską "Solidarność" tworzyli. Pokazywane w środkach masowego przekazu wystąpienia "elit" były dla wielu Polaków spektaklem żałosnym. Zmuszał on do pochylenia się nad ideałami Sierpnia w zadumie i prowokował do wspomnień. Wiele jest poglądów dotyczących początków tego ogromnego zrywu, każdy inaczej widział wtedy te dni i w zupełnie inny sposób spogląda na nie z perspektywy ćwierćwiecza. Dziś można, a nawet należy moim zdaniem spojrzeć na owo zjawisko z chłodnym dystansem i zastanowić się nad przyczynami jego klęski. Oczywiście klęski dla Narodu, dla milionów ludzi stanowiących tkankę tego organizmu, organizmu, będącego przez 25 lat żywicielem pożerającego go pasożyta.
Demontaż tak zwanego komunizmu rozpoczął się prawdopodobnie w początku lat 70., wkrótce po roku 68. Ci, którzy przystąpili do rozbrajania tej ciągle tykającej bomby skoncentrowali się na dwóch podstawowych, dosłownie żywotnych dla całej operacji, czynnikach.
Pierwszym było zabezpieczenie w jak największej ilości środków na dobry początek, rozdrobnionych po różnych krajach, bankach i przygotowywanych metodycznie kontach. Jednak tu w grę nie wchodziło tylko przechowanie walorów, ale ich legalizacja i sprawne pomnożenie. W tym celu powoływano do życia przedsiębiorstwa, spółki i firmy na całym świecie. Taka operacja nie trwa miesiąc czy rok. To ogromne przedsięwzięcie. Zważywszy na liczbę krajów "demokracji ludowej", które musiały w tym procederze partycypować. Tworzenie firm, profesjonalnych i umocowanych zgodnie z oczekiwaniami twórców w ramach istniejących w danym rejonie przepisów, ale mających przygotowane furtki przepływu środków z dużym wyprzedzeniem czasowym, nie jest sprawą prostą. Ich uwiarygodnienie w danym obrębie działania to zagadnienie jeszcze poważniejsze. Nie wystarczą tak chętnie stosowane w naszym kraju w różnych aferach proste "słupy", w tak istotnym biznesie potrzeba filarów. Używając dalej tej przenośni można by rzec, że musiały w tym celu powstać kolumny o mocnych bazach oparte na właściwym, sprawdzonym gruncie w niejednym przypadku wzmocnionym pewnie solidnym fundamentem. To w tym, jakże szarym i siermiężnym dla większości Polaków czasie grono przyszłych zarządców Polski wyruszyło zdobywać wiedzę w zachodnich uczelniach, metodycznie przygotowując się do realizowania zadań, jakie dla nich przygotowywano. W czasach, gdy starania o paszport były przysłowiową drogą przez mękę, dla większości od początku skazaną na niepowodzenie, przyszli włodarze Polski wspierani przez zachodnie fundacje uczyli się zasad gospodarki wolnorynkowej. Właśnie wtedy, gdy tysiące prawych ludzi musiało uciec z Ojczyzny i prosić w tych krajach o azyl. Równocześnie w samej Polsce sypano podwaliny nowego ustroju. Od połowy lat 70. zaczęły mnożyć się spółki z kapitałem zagranicznym, joint-ventures, itp..
Drugim, o wiele ważniejszym elementem tej rozgrywki było zapewnienie możliwości dostępu do tych dóbr i ich konsumpcji, a przede wszystkim umacniania dzięki nim swojej przyszłej pozycji. Jednak, żeby z czegokolwiek korzystać, trzeba przede wszystkim żyć. To wymóg podstawowy. Zagwarantowanie sobie pewności trwania i bezpieczeństwa. Zabezpieczenie archiwów i systematyczne ich zapełnianie informacjami o tych, od których wiele będzie zależeć. Poza tym nie można być poza nawiasem kręgów decyzyjnych i nie można dać się objąć powszechną anatemą. To duże wyzwanie. Trzeba przystosować akty prawne, zliberalizować przepisy, wprowadzić ustawy o ochronie danych osobowych, a nawet zmienić Konstytucję. Wreszcie przygotować grunt pod przejęcie mediów.
O ile realizacja elementu pierwszego wypełniła lata 70., o tyle realizacja drugiego przypaść musiała na lata 80..
Kiedy w 1978 roku na Stolicy Piotrowej zasiadł Polak - światło z czerwonego przełączono na żółte. Pociąg historii rozpoczął swój bieg. Z chwilą przybycia w roku następnym Papieża z pierwszą Pielgrzymką do umęczonej Ojczyzny - włączono już światło zielone.
Dzięki wizycie Papieża Polacy zrozumieli, że walka o zmianę oblicza tej ziemi jest możliwa, ale wiedzieli, że musi się ona odbyć na warunkach zgodnych z chrześcijańskim charakterem Narodu. Może dlatego pierwsze skrzypce w tym przedstawieniu pozwolono zagrać Polsce, a nie Bułgarii, NRD czy Rumunii, gdzie część społeczeństwa, jak pokazała nieodległa przyszłość, nie pozostała wierna Dekalogowi do końca. Chociaż daleki jestem i w tym przypadku od wiary w spontaniczny i całkowicie niekontrolowany zryw ludu. Historia kiedyś odsłoni przynajmniej część twarzy, choć pewnie już nie przed nami...
W roku 80., jak zgodnie dziś twierdzi wielu historyków, wszystko zaczęło się od podwyżki cen boczku w jednym z zakładowych sklepików na południu Polski, ale by ogień objął cały kraj podpalono Wybrzeże. Anna Walentynowicz nie zwolniła się przecież sama. Zaczęło się więc zgodnie ze sztuką czyli spontanicznie. A później trochę się chyba wymknęło spod kontroli i powstał problem. Lawina naprawdę zaczęła się toczyć samoistnie i obrała kierunek niezgodny z założeniami. Robotnicy chcieli to zrobić po swojemu. Ale zgodnie z opinią wygłoszoną oficjalnie znacznie później przez tak zwane "autorytety", "to społeczeństwo nie dorosło, by decydować o sobie". Postanowiono więc przydzielić społeczeństwu doradców. Wszelako robotnicy ich nie chcieli. Wyraźnie pokazał to strajk roku 81. Lecz wtedy "przewodnia siła narodu" od kilku miesięcy przygotowywała już wyjście awaryjne. Jego realizacja przypadła na 13 grudnia 1981 roku. Amerykanie wiedzieli o nim od dłuższego czasu od płk. Kuklińskiego więc nie byli zaskoczeni i nie zadziałali pochopnie. Znali gry plan. Stan jego przygotowania i przewidywane warianty działań. Poszły oficjalne noty, embargo i ... pomoc humanitarna. Tu zresztą też wszystko było "zabezpieczone", bo docierało tylko to, co miało dotrzeć i tylko tam, gdzie pozwalano. Nadmiar techniki mógł znów zbytnio zbliżyć rozbite struktury "Solidarności" z Narodem, a zegar detonatora opóźniono tylko na koniec dekady. Żadnej bomby nie można rozbrajać w nieskończoność. Grozi to eksplozją w rękach.
Uporano się więc z niepokornymi, którym wydawało się, że cokolwiek od nich może zależeć. Pozamykano mnóstwo ludzi choć części z nich, szykowanej na nowy garnitur "sumienia narodu" okres internowania minął w warunkach lepszych niż zdecydowanej większości. Niektórym dorobiono "legendy" mające przydać się w niedalekiej przyszłości. Sytuację opanowano. Ażeby pokazać jeszcze kto trzyma ster w rękach zabito tych, którzy nie dali się wyciszyć. Przedstawicieli całego spektrum Narodu. Robotników, studentów i księży, w tym lidera duchowego rzeczywistej opozycji, ks. Jerzego Popiełuszkę. Swymi kazaniami podtrzymywał żar Wiary i Nadziei, który mógł wzniecić pożar. Zniszczono zdrowie tysiącom osadzonych. Ograniczając dostęp do żywności i podstawowych dóbr upodlono społeczeństwo i sprowadzono do walki o przetrwanie. Grunt był przygotowany. Nadchodził czas odwilży.
Znów zaproszono do Polski Papieża. Wizyta uspokoiła z pewnością wewnętrzne wrzenie Narodu, podtrzymała jednak marzenia o wolnym państwie na właściwym poziomie. I znowu, minęły zaledwie dwa lata i zmęczonemu społeczeństwu pokazano "okrągły mebel". Kiedy dogadują się sami swoi rzecz nie dotyczy przedmiotu umowy, a koncentruje się po prostu na sposobie podziału. To też biesiadnicy mieli już za sobą. Akt ostatni tej precyzyjnie zrealizowanej operacji pokazano milionom ludzi w świetle fleszy i jupiterów. Przekaz telewizyjny poszedł w świat, który odetchnął z ulgą. Może nie cały, ale z pewnością ci, którzy na ten sygnał czekali od dawna. Inwestycje zaczęły przynosić profity. Oto zakończyła się pierwsza z cyklu pokojowych rewolucji. Wiele lat później przeprowadzono podobną na Ukrainie, ale ta pierwsza była swoistym novum. Mechanizm się sprawdził więc zapewne kilka jeszcze podobnych przed nami. Choć może jednak nie...
Dziś, po 16 latach od sławetnych obrad "okrągłego stołu" do kolejnego skoku na kasę szykują się ponownie ich sprawdzeni już uczestnicy lub firmowane przez nich kolejne rzesze "nowych" choć przecież znanych jakby "polityków". Truizmem jest stwierdzenie, że "oni już byli". Ale na różny sposób, w różnych konfiguracjach, układach i powiązaniach - rzeczywiście byli. Efekty widzimy gołym okiem. Wszędzie dookoła.
Polskie dzieci mdleją w szkołach z głodu, ale dokarmiamy w różny sposób obce. Polonia w krajach ościennych nie ma swoich reprezentantów w samorządach lokalnych, u nas mniejszości narodowe mają przedstawicieli w parlamencie.
Zezwala się na budowanie banków i siedzib korporacji międzynarodowych w miejscach najbardziej reprezentacyjnych stolicy, a nadal nie ma zgody na budowę pomników i miejsc pamięci dla prawdziwych Polaków. Tysiące bezimiennych obrońców Sprawy Polskiej nie ma nawet tabliczki, ale odsłania się tablicę żołnierzom azerskim, którzy z nimi walczyli. I to w Muzeum Powstania Warszawskiego pobudowanego za kwotę ponad dwukrotnie mniejszą od przewidywanego kosztu wzniesienia Muzeum Żydowskiego. A przecież to Żydzi nam powinni wznieść Muzeum Polskiego Holokaustu, już choćby w podzięce za kilka wieków polskiego serca. Wielki Budowniczy Muzeów mówi o sobie na plakatach reklamowych, że jest człowiekiem silnym. Nie na tyle jednak, by pozwolić na zakończenie ekshumacji ofiar Jedwabnego, co udowodniłoby bezsprzecznie kto strzelał. Na to siły nie starcza.
Zamyka się ośrodki opiekuńcze i wychowawcze, rujnuje szpitale. Prawowitych właścicieli Polski wypędzono na śmietniki oddając obcym za bakszysz dorobek całych pokoleń. Niedawny umacniacz lewej nogi jeszcze kilka lat temu chciał ją podać swemu "rywalowi", a dziś świętują wspólnie i ściskają dłonie, nie dbając nawet o pozory. Ów umacniacz oddaje swe poparcie, jakby cokolwiek dla uczciwego Polaka miało ono znaczyć, na rzecz człowieka nie zauważającego roszczeń niemieckich wobec Polski i zabiegającego o ich względy. Ten z kolei mówi o sobie, że jest człowiekiem zasad. Znany kardiochirurg również przekazuje mu swe poparcie w świetle telewizyjnych halogenów, a wszyscy podziwiają ogromny i nagły przypływ zrozumienia u kandydata dla spraw Polaków na Białorusi. To zresztą wyjątkowa okazja, bo i niedroga reklama i grunt pod kolejny pomarańczowy "zryw". Czytelny sygnał dla oczekujących zmian i nie o garstkę krajan w Białorusi przecież tylko idzie. Jeszcze nie tak dawno podobne granie na problemach Polonii byłoby politycznym samobójstwem. W czasach, w których dobry obyczaj i honor cokolwiek znaczyły. Kolejny kandydat na "pierwszego" zostawił tonący okręt kolegów i stworzył tratwę pełną zboczeńców i otwartych wrogów Kościoła. Nie ma żadnych szans, więc też pewnie wkrótce kogoś poprze. Jeszcze inny idący drogą osławionego lidera stoczniowców zapragnął zrealizować sen o karierze w stylu amerykańskim. Z prostego robotnika przekształca się uparcie w polityka. Jego marzenia podgrzewają w nim jego dworzanie zbyt skompromitowani w przeszłości rolą "inteligentów" i "autorytetów", by móc osobiście firmować obecny wyścig szczurów. Jeszcze inny, zbyt młody by móc samemu walczyć o fotel swą podobizną reklamuje własną partię, która w nazwie mówi o polskich rodzinach. Nie mówi o tysiącach rodzin irackich, bo nie jest przeciwna haniebnej, polskiej interwencji w kraju, który nie zrobił nam nic złego. Ów kandydat reklamuje partię swoją twarzą, bo ojca nikt z młodych nie kojarzy, a starsi pamiętają jeszcze jak doradzał Jaruzelskiemu.
Dla odwrócenia uwagi od rzeczywistych problemów Polski sztaby kreują kolejne afery. Ekscytują każdym wydaniem telewizyjnych wiadomości przedstawiając ludziom dokumenty i świadków pozornych, i sztucznie wywołanych skandali, zamiast programu naprawy Rzeczpospolitej. Może gawiedź da się i tym razem otumanić...?
Polacy! Spójrzcie, kto i z kim się spiera? Nie dajcie się wciągnąć w tę bazarową grę w trzy lusterka, bo pod żadnym z nich nie ma banknotu. On zawsze w tej grze trafia do kieszeni rozgrywającego. A Wam zostanie wstyd i ból, że znowu daliście się oszukać cwaniakowi o zręcznych ruchach. Jak nie będzie miał kogo mamić, to wreszcie zmieni bazar albo zdechnie z głodu. Wycofajcie się z tego targowiska próżności i ułudy.
Cała ta wielka mistyfikacja nigdy nie służyła i nie miała służyć żadnemu społeczeństwu, w żadnym z niszczonych i wyzyskiwanych krajów. Również w Polsce. Nie dajcie się prowadzić na rzeź. Takiej postawy nie nakazuje nam ani nasza Tradycja ani nasza religia. Zasada tak zwanego wahadła wyborczego opiera się na tezie, że raz wybiera się lewicę, a kolejnym razem prawicę. Dla równowagi. Ale tu nie ma ani prawdziwej lewicy ani prawdziwej prawicy. Nigdy nie było. To tylko ułuda. Pora zatrzymać ten zegar.
Dziś trzeba nam jedności i zrozumienia, że coś jeszcze, może ostatni już raz, zależy od nas. Nie zmarnujcie jedynej broni, jaką jeszcze macie. Nie zmarnujcie głosu!
Oto fragment przemówienia, wygłoszonego do młodzieży przez Ojca Świętego Jana Pawła II w Gdańsku, 12 czerwca 1987 roku. W tym Gdańsku, w którym narodziła się "Solidarność". 18 lat temu. Zebrana wtedy na spotkaniu z Papieżem młodzież dziś sama ma nastoletnie dzieci. Przypomnijcie sobie, co do Was mówił Papież. On wiedział! Wtedy biliście Mu brawa i drżały Wasze serca. Czy dziś, kiedy już odszedł, odszedł i z Waszych serc? Spójrzcie na swoje dzieci i przypomnijcie sobie, patrząc na nie, te słowa:
"Musicie od siebie wymagać nawet, gdyby inni od Was nie wymagali. Wbrew wszystkim mirażom ułatwionego życia. Musicie od siebie wymagać! To znaczy właśnie więcej być!
Przyszłość Polski zależy od Was. I musi od Was zależeć. To jest nasza Ojczyzna! To jest nasze być i nasze mieć! I nikt nie może pozbawić nas prawa, ażeby przyszłość tego naszego być i mieć nie zależała od nas.
Każde pokolenie Polaków, każde pokolenie, zwłaszcza na przestrzeni ostatnich dwustu lat, ale i wcześniej, przez całe tysiąclecie, stawało przed tym samym problemem. Wiemy, że tu na tym miejscu, na Westerplatte, we wrześniu 1939 roku, grupa młodych Polaków, żołnierzy, pod dowództwem majora Henryka Sucharskiego trwała ze szlachetnym uporem, podejmując nierówną walkę z najeźdźcą, walkę bohaterską. Pozostali w pamięci Narodu, jako wymowny symbol. Trzeba, ażeby ten symbol wciąż przemawiał, ażeby stanowił wyzwanie dla coraz nowych ludzi, coraz nowych pokoleń Polaków. Każdy z Was, młodzi przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje Westerplatte! Jakiś wymiar zadań, który trzeba podjąć i wypełnić. Jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć, jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić, nie można z d e z e r t e r o w a ć.
Wreszcie, jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba utrzymać i obronić. Tak, jak to Westerplatte! Utrzymać i obronić. W sobie i wokół siebie. Obronić dla siebie i dla innych."
Słyszycie? To jest nasze być i nasze mieć! Nie można od tego uciec, nie można zdezerterować!
My Polacy musimy dziś użyć tej jedynej broni, jakiej nam użyć wolno. Kartki wyborczej. Musimy wybrać godnego i prawego Prezydenta Polski. Nie "prezia" czy szefa klubu jakiegokolwiek "przedmieścia", nie kolejnego utrwalacza, ale Głowę Państwa Polskiego. I dlatego musimy pójść do wyborów i w zgodzie ze swoim sumieniem wybrać człowieka, którego nie będziemy się wstydzić, ani przed samymi sobą, ani przed naszymi dziećmi. Musimy pójść. Naszą kartką, naszym głosem wykrzyczeć, że chcemy być i chcemy mieć! Ale musimy pójść, bo kto nie pójdzie ten będzie milczał.
A kto milczy, zgadza się...
Sławomir M. Kozak Organizacja Narodu Polskiego - Liga Polska (http://smkozak.w.interia.pl)
|